Czarną i białą ścieżką z Sergiuszem Piaseckim

Piękne książki mają brzydkie okładki

Dawno nie czytałem powieści, która na ostatnich stronach tak ścisnęłaby mnie za gardło. Nigdy chyba natomiast – takiej, w którym dosłownie każdą scenę, każdy dialog i każdy opis miałem tak wyraziście przed oczyma. A wszystko to za sprawą człowieka, który literackiej polszczyzny nauczył się w wieku lat trzydziestu w ciężkim więzieniu, w którym rezydował w nagrodę za kradzieże i rozboje.  Żołnierza wojny 1920 roku, przemytnika, szpiega, bandyty, narkomana, dużo później – bohatera Armii Krajowej, wreszcie ubogiego emigranta zepchniętego w PRL-u w odmęty urzędowej niepamięci. A przede wszystkim autora Kochanka Wielkiej Niedźwiedzicy, niesamowitej epopei polsko-sowieckiej granicy połowy lat 20.; książki, która  niespodziewanie wstrząsnęła lemurem,. No dobra, może fakt, że któregoś dnia,  będąc pod wpływem potężnej dawki kokainy,  Sergiusz Piasecki napadł na furę wiozącą ludzi na targ i ich doszczętnie złupił jest jeszcze wspanialszy. Ale nieznacznie.
Wrażenie to jest szczególnie fascynujące, gdyż – jak wspomniałem – Piasecki nie posiadał jeszcze wyćwiczonych, wytresowanych umiejętności narracyjnych. Jego język często jest chropowaty lub po prostu nieporadny, nie tylko w dłuższych opisach tła, ale nawet w relacjonowaniu prostych sekwencji zdarzeń. Cóż z tego, po co cyzelować styl, jeśli ma się tak nieprawdopodobne wyczucie melodii przedstawianego świata i jego mieszkańców. Choćby te dialogi, lakoniczne, nierzadko po prostu fatyczne – ale jakie wyraziste. A ten nerw i rytm, z jakie towarzyszą relacjom z wypraw z towarem czarną ścieżką jesienią bądź białą – zimą, gdzie każde kolejne zdanie jest jakaś gałąź chłoszcząca po twarzy czy kose spojrzenie znad stołu w wyszynku u Ginty. Tym, co zdumiewa jednak najbardziej jest sygnalizowana wcześniej plastyczność. Filmowość. Każda scena. Każdy dialog. Czytając Kochanka Wielkiej Niedźwiedzicy słyszy się tembr głosu Saszki Weblina tak, jakby stał on tuż obok i namawiał cię na wspólną akcję, w tamtą stronę bierzemy brzytew i lusterek, z powrotem skórki wiewiórek, pewny zysk, masałki się nie skapną, pięćset rubli wpadnie jak nic. Widzi się tuż przed oczyma pretensjonalny wąsik tego skurwiela Alińczuka. Czuje się przemoczone od śnieżnych zasp onuce i ten oblepiający wręcz mrok ściany lasu, gdy zaszło za chmury łyse cygańskie słońce. A kiedy poharatani przez życie Władek, Szczur i Grabarz idą, z granatami i naganami w odwiedziny do tej nieco, powiedzmy to sobie szczerze, skurwionej Felki – jest się z nimi, w każdym geście, spojrzeniu i wysyczanym przez zęby słowie.
Kochanek… to jednak nie tylko warstwa językowa czy też narracyjna, to również doskonale przemyślana – a może raczej: wyczuta – konstrukcja. Piasecki genialnie ogrywa topos granicy i jej transgresji, po mistrzowsku dzieli przestrzeń na rządzące się zupełnie innymi prawami strefy – miasteczka, pasa przygranicznego, wreszcie meliny po sowieckiej stronie. W tym leży też chyba tajemnica międzynarodowego sukcesu powieści, wielokrotnych przekładów na liczne języki czy wreszcie zagranicznych adaptacji filmowych. Choć świat pogranicza polsko-sowieckiego opisany jest z zachowaniem całej jego specyfiki, języka, zróżnicowana społecznego etc., to posiada też uniwersalny rys, który potrafi przemówić do wyobraźni pod każdą szerokością geograficzną. Choć cały sztafaż miejsca i czasu jest niepowtarzalny, to gdy przyjrzymy się pewnym mechanizmom i motywom – czyż nie sprawdziłyby się idealnie w opisie jakichś zakurzonych frontiers, ziemi niczyjej między osadnikami a Indianami, po którym w te i we wte hasają niespokojne duchy, wykolejeńcy i awanturnicy?
Książka ta stanowi również doskonałą i pouczającą lekturę dla tych, którzy naiwnie sądzą, że ruja, poróbstwo, zgnilizna moralna i w ogóle cywilizacja śmierci to wynalazek ostatnich czasów. Cały świat Piaseckiego ocieka przecież wódą i spirytusem, które bohaterowie ćwiczą zapamiętale przy niemal każdej czynności; seksem nie tyle nawet przedmałżeńskim co amałżeńskim, czy wreszcie całkowitym nihilizmem Władka, Szczura, Lorda czy Kruczka jeśli chodzi o Wielkie Polskie Sprawy. Rzecz dzieje się przecież na płonącej, krwawiącej, taplającej się od zawsze i po wsze czasy w historiozofii granicy polsko-sowieckiej, a tymczasem jedyny moment, gdy Piasecki lekko dotyka polityki, to wtedy, gdy każe bohaterom za sowitą opłatą przeprowadzać uciekinierów z Sowietów na zachód, nie wdając się zupełnie w ich motywacje. Nie ma w książce Polski, Rosji, racji geopolitycznych, przedmurza czy też pożaru rewolucji. Co więcej, nie ma też Polaków i Sowietów – po obu stronach zasieków mówi się, pije i spółkuje tak samo. Sama natura granicy jest zresztą niejednoznaczna. Z jednej strony – realna, ba, wręcz konstytutywna dla tożsamości bohaterów – fartowców, dla których ciągłe przekraczanie stref jest sensem życia, z drugiej – oderwana ze znaczeń symbolicznych, wyrastający ponad horyzont Rakowa i Mińska.  Jest tu opis sowieckiego więzienia, ale z perspektywy facetów noszących kontrabandę. Są krasnoarmiejcy – ale umalowani dokładnie tymi samymi barwami, co strzegący limesu z drugiej strony baoniarze z orzełkiem na czapkach. W polskim pisarstwie, na ile mi moja od lat ćwiczona ignorancja pozwala twierdzić – perspektywa dość wyjątkowa.
Proste historie o prostych przeżyciach i prostych, zdawałoby się, ideałach. Trochę powieści łotrzykowskiej, trochę przygody, trochę nostalgii, trochę zapachu mokrego mchu, dźwięku odbijanej butelki (pierwszej, drugiej, trzeciej, dziesiątej…), ciepła pościeli wygrzanej krągłościami wiejskiej piwnookiej szmary, lekce sobie ważącej tradycyjną ponoć pobożność ludu polskiego (panie! Jakiego tam polskiego. Przecież tam wszyscy są szczęśliwie tutejsi i nic ponadto!). Żywiołowość i ta zadziwiająco sugestywna plastyczność każdego zdania. Dopiero styczeń a ja już mam swoje literackie odkrycie roku.

Reklamy

Rzeź – ludzka rzecz

O tym, że Rzeź Romana Polańskiego jest rewelacyjnie zagrana, wiemy już doskonale. Może wręcz zbyt dobrze – podczas seansu kilka razy łapałem się na refleksji, iż jeszcze przyjemniej byłoby obejrzeć oryginalną sztukę w tej samej, lub równie doborowej, obsadzie. Polański w swoim najnowszym dziele, opierającym się przede wszystkim na kreacjach (zdobywczyni Oskara Foster! Zdobywczyni Oskara Winslet! Zdobywca Oskara Waltz! No i ten nominowany do Oskara brzydki typ, który na planie pewnie cicho z tego powodu popłakiwał w kąciku) najwyraźniej nie zamierzał gubić teatralnego charakteru opowieści. Wyszło właściwie na dobre, bo Rzeź ogląda się ze sporym poczuciem satysfakcji – choć raczej trudno postawić ją w pierwszym szeregu obrazów Polańskiego.  Stanowiąca oś fabuły eskalacja rozlicznych i zazębiających konfliktów zgrabnie się rozwija, nad wszystkim unosi się jęczący duch Woody Allena, a kołomyja życiowych postaw i motywacji bohaterów jest mięsista i krwista. Przy czym – trzeba dodać – jest to tak naprawdę kołomyja  przeciętności i banalności. Wszystkie cztery postacie są dojmująco przeciętne w swojej życiowej szarpaninie, co Polańskiemu – moim zdaniem – udaje się pokazać naprawdę wyraziście.
Jak zwykle jednak pozostaje ukochane przez zawodowych rozdzielaczy włosa na czworo jedno „ale”. To, o czym pisał będę niżej, ocenić będą mogły niestety jedynie osoby, które film widziały – nie mam dziś jakoś serca do spoilowania. Powodem mojego leciutkiego rozczarowania jest bowiem ostatnia scena, która odebrała mi sporą część frajdy z interpretowania. Przed jej mignięciem na ekranie walczyły we mnie dwa podejścia. Pierwsze, jak mi się zdaje, nasuwa się w naturalny sposób, zgodnie z potocznymi schematami. Oto Polański ukazuje, jak głupimi, niedojrzałymi i pełnymi charakterologicznych tudzież biograficznych mielizn, raf i traum istotami jesteśmy, by z drobnych zdarzeń czynić tragedie o niemal globalnej skali. Dość szybko ta interpretacja została u mnie wyparta przez konkurencyjną supozycję, głoszącą: zaraz, zaraz, to nie takie proste. Czy przebieg rozmowy między czwórką bohaterów nie wykazuje dobitnie, że coś takiego jak „drobne zdarzenie” nie istnieje? Że w rzeczywistości, wszystkie sprawy, wszystkie nasze doświadczenia życiowe tworzą jeden, ściślej lub luźniej ze sobą powiązany kompleks, gdzie dotknięcie jednego nerwu powodować może wstrząs całego organizmu? W takiej perspektywie rozdmuchanie boiskowego konfliktu między dziećmi bohaterów i przetransponowanie go w brutalną wiwisekcję ich wzajemnych relacji nie jest żadną aberracją, żadnym powodem do załamywania rąk. I może nawet rafa pozostanie rafą, a trauma traumą, ale ich wychodzenie na wierzch jest w pewnym sensie logiczne, gdyż ludzka egzystencja nie ma formy szeregu zamkniętych basenów, ale raczej dość wartko i szeroko płynącego strumienia.    Ocena „doniosłości” danego zdarzenia bądź procesu staje się tym samym niezwykle subtelna. Szkolna bójka nie jest tu sztucznie spreparowaną błahostką, ale jednocześnie rezultatem i katalizatorem.
I tak pielęgnowałem w sobie tę przekorną myśl, gdy łup! – głupi Polański, który najwyraźniej zupełnie nie wie, o czym jest jego film, wtłacza swoje dzieło w koleinę jednoznaczności. Robi się słodko, niemalże pluszowo. Zwierzątka futerkowe są słodkie, dzieci są słodkie, cała awantura zostaje sprowadzona do bezrozumnej histerii. Oczywiście, moja ironia jest nadmiarowa, cały ten zabieg nie przekreśla całej, smakowicie podanej psychologii postaci, najlepiej chyba ukazanej poprzez stopniowy rozpad kruchych i pretensjonalnych masek, które przed wizytą Alana i Nancy włożyła na siebie Penelope.  Kapitalną sprawą jest też śledzenie doraźnych koalicji tworzonych przez czwórkę bohaterów w coraz to nowych konfiguracjach. Z kina wciąż wychodzi się z wspomnianym na wstępie poczuciem satysfakcji, ale chciałoby się jednak więcej. A może po prostu uprawiam przeintelektualizowanie najbardziej parszywego sortu?

Bitwa Warszawska, czyli Waterloo Hoffmana

Bolszewiccy marsjanie. Fot. Centralne Archiwum Wojskowe

Żywiłem silne przekonanie, że nie napiszę żadnej notki o Bitwie Warszawskiej. Wszak ten epokowy obraz zdążyło już w trakcie jego krótkiego życia zjechać wystarczająco wielu profesjonalistów i amatorów. Dawka żenady, którą zaaplikował mi niedawny seans sprawiła jednak, iż do tej chwili nie mogę wygramolić się spod ciężaru upadłej polskiej kinematografii epickiej.  Postanowiłem więc przynajmniej wypunktować czynniki, które sprawiają, że najnowsze dziecko Hoffmana jest aż tak pokracznym mutantem.

1)      Brak fabuły. Brzmi to cokolwiek kuriozalnie. Niestety, autorzy scenariusza (czyli m.in. sam reżyser) najwyraźniej spędzili ten etap pracy w bolszewickiej niewoli. Film, który nie jest awangardhowhym eksperymenthem, gonitwą gagów ani głębinowym psychologizowaniem, powinien raczej posiadać wyraźną oś. Tutaj mamy raczej kilka smętnych patyków, wokół której Hoffman rozpaczliwie okręca akcję. Ten punkt jest zresztą najtrudniejszy do opisania, gdyż wymagałby prześledzenia całości, nazwijmy to, dzieła; w dużej mierze składają się też na niego faile zarysowane poniżej. To kwestia całościowego wrażenia, które po półgodzinie w kinowym fotelu szczypie cię i szepcze: a może lepiej byś popracował albo doktorat popisał? Sytuacja, ma się rozumieć, dramatyczna. Jak jednak może być inaczej, gdy zamiast spleconych motywów, sekwencji i obrazów, dostajemy bezładny bigos antykonceptów biegnących znikąd do nikąd?

2)      Brak napięcia. Twórcom udała się dość rzadka i trudna sztuka – meandrowali tak kunsztownie aby, broń boże, nie zawrzeć w swoim dziele jakiekolwiek punktu kulminacyjnego. Efekt jest właściwie przekomiczny. Łże-fabuła sobie płynie niespiesznie, potem kilka nudnych ujęć knującego Marszałka (którego charyzma sprowadzona została tu do poziomu starego, zgorzkniałego kaprala), trzy czy cztery oderwane od siebie sekwencje batalistyczne w bardzo wąskim planie, które nie tworzą w praktyce żadnego obrazu całościowego przełomu odmieniającego losy wojny i potem, łup, smętny Piłsudski gada ze smętnym Wieniawą. Hoffmanowi nie udało się ani zbudować poczucia zagrożenia, jakie dla młodej polskiej państwowości stworzyła czerwona nawała hasająca po Mazowszu, ani skali tytułowej bitwy. Co gorsza, poskąpił widzowi nawet uczucia tryumfu po jej zakończeniu, które przychodzi właściwie niezauważone. Zły film to jedno, zły film, który nawet serc wzniośle i patriotyczno-ułańsko ukrzepić nie potrafi – to już kręgi piekielne.

3)      Nieefektowność. Nikt przy zdrowych zmysłach nie oczekiwał od Hoffmana, pierwszego adaptatora lektur szkolnych Najjaśniejszej Rzeczpospolitej, zrobienia filmu mądrego, prowokującego historiozoficzne i socjologiczne refleksje. Ja przynajmniej – oczekiwałem (dopóki nie zobaczyłem zwiastunu oczywiście) niezłego, rozrywkowego widowiska w historycznym sztafażu. Naiwny lemur jest naiwny. Sceny batalistyczne są może ładnie sfilmowane, tyle, że nie budzą absolutnie żadnych emocji. Sprowadzają się właściwie do bezładnej kotłowaniny elfów-Polaków i orków-bolszewików. Może zamiast wydawać miliony na 3D, wystarczyło obejrzeć kilka razy pod rząd Kompanię braci by nauczyć się tak oddawać klimat pola boju, by każda sekunda wbijała w fotel, a każdy element miał swoją wyrazistość i uzasadnienie. Zresztą, o Hoffmanowym trójwymiarze też mam swoje zdanie. Nie jestem dogmatycznym wrogiem kolorowych okularów, jednak w przypadku Bitwy cała ta afera przypomina polskiego piłkarza, który umówiłby się z Messim, by zaszpanować przed nim jakąś sztuczką techniczną.

4)      Brak bohaterów. Już nawet nie chodzi o to, że Natasza Urbańska nie umie grać, a kiedy gra, to albo strzela z karabinu ze swej niewieściej ręki bez żadnego odrzutu, albo – w legendarnej już chyba scenie – kosi z widzianego drugi raz w życiu CKM-u pół sowieckiego batalionu. Problem nie leży w niedostatkach gry aktorskiej (zwłaszcza, że do Szyca przyczepić się nie ma o co), tylko w konstrukcji postaci, a raczej jej braku. Najbardziej żenującą pod tym względem wywrotkę scenarzyści zaserwowali właśnie nieszczęsnemu Szycowi. Najpierw próbowali go jakoś tam upitrasić i przyprawić, by mniej więcej w połowie filmu doznać awangardowej iluminacji i zakrzyknąć: A po jaką cholerę nam główny bohater!? Od momentu powrotu z niewoli Jana w tym filmie NIE MA. Zupełnie znika z pola widzenia, traci indywidualność. Spełnia rolę elementu tła, piątego halabardnika, jednego z dziesiątków ułanów. Z Urbańską zresztą jest niewiele lepiej, ale ona ma przynajmniej sekwencję z CKM-em. Inna sprawa, że dojmująco brakowało mi w niej licznika trupów z drugiej części Hot Shots.

5)      Ogniem i mieczem wylewające się każdą szparą. Już po obejrzeniu trailera byłem pewien, że będzie to taka historia Skrzetuskiego i Heleny, tyle że z rewolucją październikową w roli kolektywnego Bohuna. Nie zawiodłem się. Mamy podobną piosenkę przy liście płac(zu), podobnie wyblakło-słitaśnych bohaterów (o ile – patrz punkt 3. – akurat istnieją), nawet relacja Jana z czekistą wydaje się odzwierciedleniem stosunków Skrzetuski-Chmielnicki. W każdym razie, tam Scorupco, tu Skorupka. Szkoda, że Jerzy Hoffman zapomniał, że po to, by stylowo stanąć na własnych ramionach, trzeba być naprawdę doskonałym akrobatą.

6)      Kliszowość i tanie chwyty. Już początkowe sceny, gdy po przemówieniu Lenina dramatycznie wyłania się plansza z tytułem filmu, przygwożdżają topornością i grubą kreską. Dalej zaś absolutnie nie jest lepiej. Bolszewicy MUSZĄ rzecz jasna, przypominać wspominaną wyżej zgraję orków w ostatnim stadium alkoholowego delirium (mniejsza z tym, że tak często było w rzeczywistości, chodzi o malowanie tego obrazu za pomocą młotka, a nie pędzla). Kiedy trzeba zaśpiewać Białe Róże TRZEBA uczynić to w najbardziej histerycznej manierze na świecie. Łukaszowi Garlickiemu jako księdzu Skorupce TRZEBA kazać padać pod Ossowem w tempie faulowanego Tsubasy, by każdy widz pojął, że o to dzieje się przed jego oczami scena symboliczna i wzruszająca. Długo by wymieniać i notka ta rozrosłaby się do rozmiarów mini-eseju. Dość już, ucisz serce.

 Powyższa lista nie jest, rzecz jasna, kompletna. Wyszukiwanie kolejnych artystycznych kraks w tym filmie jest jednak zadaniem zbyt niewdzięcznym. To nie Ed Wood, to nie Maglownica ani Megashark vs Giantoctopus, które z lolcontentu powstały i w lolcontent się obracają po wsze czasy. To stracona szansa na to, by temat, którego polskiemu kinu od tylu lat brakowało, przedstawić w godnej jego formie. I to jest właściwie strasznie smutne.

Dlaczego (na razie) nie zagłosowałem na Palikota?

Byłem święcie przekonany, że takich jak ja – z różnych względów zbliżających się w wyborczych sympatiach do Palikota, ale w ostatniej chwili odskakujących w bezpieczną toń Platformy – będzie więcej. Nie było. Możliwe, że oceniałem społeczeństwo i naród polski  z pozycji własnego asekuranctwa. Mam do RP sporo sympatii. Na szybko i banalnie: wnoszą w polską przestrzeń publiczną sprawy – nie zawsze najmądrzej rzecz jasna – przed którymi inni koledzy po fachu chowają się po najciemniejszych kątach. Z perspektywy osoby, która bezustannie i jałowo wyczekuje na polskie FDP nawet taki bieda-liberalizm Palikota może jawić się atrakcyjnym.

Dlaczego ostatecznie nie zdecydowałem się na poparcie nowej politycznej inicjatywy, dlaczego właściwie w ostatnich dniach zacumowałem przy gościnnej kei Donalda Tuska?

Nie będę tu raczej – jak sądzę z niedawnych rozmów – oryginalny. Mój problem z Ruchem polegał na tym, że znacznie bardziej cenię jego lidera, niż nieokreśloną magmę za nim się ciągnącą. Cóż bowiem wiadomo o ogonie tej komety, która tak jasno zabłysła na firmamencie nad Wiejską? Niewiele. A to, co wiadomo – optymizmem nie nastraja. Wydaje się, że na chwilę obecną nie ma wśród przyszłych posłów RP osoby, która mogłaby z powodzeniem zastąpić szefa chociażby w telewizyjnej debacie. Nie wiemy nic o doświadczeniu i kompetencji tego grona, mało wiemy o ich motywacjach do wejścia w politykę. Nie wiemy o żadnej postaci o potencjale chociażby wiceministra lub wicemarszałka sejmu. Jeśli – przynajmniej w narracji dzisiejszego wieczoru – drugim po Bogu ma tam być Robert Leszczyński, obawy te jeszcze bardziej wzrastają.

Zdaję sobie sprawę, że w tym, co tu piszę, upodabniam się do ugładzonego konserwatysty po pięćdziesiątce. Tymczasem ja naprawdę bardzo bym chciał, by drużyna Palikota wniosła do parlamentu ożywczy powiew cywilizacji śmierci.  Naprawdę szczerze życzę im powodzenia. Ale jednak – podskórnie czując, że cała impreza skończyć się może kolektywnym Tymińskim Anno Domini 2011 – nie byłem w stanie wyjść poza taką deklarację. Liczę na to, że będę mógł to uczynić za 3 lata w wyborach samorządowych.

Baby i Żydy albo żuraw spętany

Kobiety i środkowoeuropejscy Żydzi. Te dwie grupy wydają się, na mocy prawa boskiego, naturalnego, czy też wreszcie jakiejś zwykłej ludzkiej przyzwoitości, przeznaczone do reprezentowania postaw zlewaczałych, czy też przynajmniej wstrętnie liberalnych. Prawicowy, konserwatywny  środkowoeuropejski Żyd (abominacja z trudem przechodząca przez klawiaturę) czy też prawicowa kobieta (a już z pewnością – piękna prawicowa kobieta) wydają się figurami zadającymi gwałt naturalnemu porządkowi świata. Nawet patrząc na taką istotę, skłonny byłbym wzorem klasycznej reakcji na żyrafę wołać gromko: „Niemożliwe! Takie zwierzę nie istnieje!”. Znaczy się, Bronisław Wildstein powinien nie istnieć.  A jednak, niestety istnieje. I rzeczony porządek świata wciąż wala się we łzach, prochu i pyle.

Zostawmy na razie w spokoju Żydów, nawet tych najpiękniejszych, nawet tak pięknych jak Bronisław Wildstein. Porozmawiajmy o kobietach. Pięknych, inteligentnych i żeby jeszcze, coby ideał miał swoją wisienkę na torcie, matka była z domu Rozenkranc albo Bronstein (a nie,  jednak się nie da zostawić). Porzućmy wreszcie frywolny ton tej przydługiej introdukcji na rzecz refleksyjnej zadumy. Albo i nie.

Przebojem internetów ostatniego czasu jest, rzecz jasna, pornokarzeł pożarty przez borsuki, po nim facet wypychający zwierzęta, na trzecim miejscu wreszcie co bardziej żenujące klipy PSL. Tymczasem, już od pewnego czasu przewijają się po fejsbuku i przyległościach tajemnicze linki prowadzące do tekstów pisanych przez panią, która – sądząc po zdjęciach – powinna ochoczo prowadzić do boju legion cywilizacji śmierci. Ale nie. Zamiast tej naturalnej inklinacji, określonej wolą Boga, Historii i cieni zapomnianych przodków,  postanowiła zostać, jak to zgrabnie ujął mój nieoceniony mistrz od bon-motów, kolega Marcin W., psem, który pokochał łańcuch. Od siebie dodam jeszcze – genderowym odpowiednikiem self-hating Jew. Mistrzynią ideologicznego BDSM od tej bolącej strony pejcza. Mowa oczywiście od Magdalenie Żuraw.

Nie chcę tu się, broń boże, zajmować egzegezą jej bogatej twórczości ani rozważać jej wyborczych szans. Chcę się jedynie przyznać, do tego, że po prostu nie rozumiem. Pal licho zaangażowanie polityczne. Pal licho ton polemiki z Joanną Kluzik-Rostkowską, wszak w przedwyborczym sztormie każdy łapie się brzytwy taniej demagogii. Wreszcie, z niektórymi jej spostrzeżeniami z mniej znanych artykułów można się zgadzać lub nie. Nie rozumiem natomiast, nie potrafię zrozumieć, nie chcę zrozumieć… Zwyczajnie nie jestem w stanie wyobrazić sobie procesu takiej internalizacji opresji, który każe kobiecie napisać:

Plaga zdeterminowanych kobiet rozszerza się na wszelkie znane światu zawody. […] Wszędzie też gdzie się pojawiają – niszczą. Skandaliczne stwierdzenie? Skądże! Gdy nie zajmują się nauką czy szeroko pojętą kulturą – niszczą siebie (swoją kobiecość); gdy zaś zajmują się (zawodowo) nauką czy kulturą – zaniżają ich poziom, przez co niszczą ludzkiego ducha. […] 1. Nauka: Niemal wszystkie przełomowe odkrycia w dziejach ludzkości dokonywane są przez mężczyzn. Żadnego Lorentza, Newtona płci pięknej. 2. Poezja: dziś w większości pisana przez kobiety – upada. Żadnego Baudelaira, Poego. 3. Literatura: żadnego Dostojewskiego, Goethego.. Wybitna literatura nie wyszła nigdy spod kobiecego pióra. 4. Malarstwo: żadnego Dalego, Malczewskiego (propozycje współczesnych malarek są dodatkowo antysztuką). 5. Muzyka: żadnych wybitnych kompozytorek. Żadnego Mozarta, Beethovena. 6. Filozofia: brak kobiet geniuszy. Żadnego św. Tomasza z Akwinu, Bierdiajewa. […] Nie jesteśmy, drogie panie, geniuszami – i całe szczęście! Jesteśmy kobietami – tym, co zostało stworzone, by być upiększeniem i ostoją dla geniusza! Nie rozumiemy, że posiadanie mniejszego IQ nie świadczy o mniejszej wartości osoby?

Źródło cytatu, LOLCONTENT AHEAD:  http://www.debata.olsztyn.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=784:uraw-gdzie-diabe-nie-moe&catid=67:magdalena-uraw&Itemid=97

Zresztą, by być sprawiedliwym, nie za bardzo jestem w stanie wyobrazić sobie, by coś podobnego, zmieniając jedynie liczbę pierwszą na trzecią, napisał mężczyzna. Jednak sytuacja, w której należąc do danej grupy, z tak masochistyczną radością, z tak młodzieńczo niewinnym wigorem pogrążamy się w samodeprecjacji wydaje się przejmować psychologicznym dreszczem. Co, jaki zespół schematów, przekonań, klisz, motywacji, każe tej kobiecie – i to jeszcze prowadzącej aktywną działalność publiczną – reprodukować treści, których ostrza bezlitośnie godzą w nią samą? Jestem zresztą przekonany, że najprawdopodobniej zdaje ona sobie sprawę z przynajmniej części paradoksów, które to rodzi. Nie może nie widzieć.  Ale jednak dalej brnie w samoponiżenie i samonienawiść. Jasne, nie ona jedyna, nie ona pierwsza, nie ona ostatnia wywiesza na transparencie hasło „Precz ze mną!”. Jest też raczej przypadkiem na tyle rzadkim, nie reprezentującym nikogo więcej niż siebie i  swój self-bondage, że socjologia może nad nią najwyżej prychnąć – o ile ją w ogóle zauważy. Z drugiej jednak strony, jeśli ktoś będzie chciał rozciągnąć pojęcie syndromu sztokholmskiego na pole ideologii – jakież piękne perspektywy się otwierają.

Nadmienię tu jeszcze, że za moją myślą nie kryje się licealno-lewackie pojmowanie emancypacji w duchu BĘDZIESZ BABO WYZWOLONA CZY TEGO CHCESZ CZY NIE. Społeczne wzory kobiecości nie są tematem tego tekstu.  Szczególnie, że prawicowa publicystka, która tak mnie zdumiewa, nie próbuje bronić szeroko pojętego modelu tradycyjnego wykazując jego wyższość w jakiś obszarze, tylko prezentuje raczej dumę z tego, co jawi jej się jako obiektywna niższość. Nie piszę tej notki po to, by dokonać jakiejkolwiek analizy. Nie zamierzam prowadzić polemiki, nie chcę nikogo przekonywać, że bycie profesorką jest lepsze, czy właściwie lepsiejsze od bycia zawodową matką. Czynię to jedynie po to, by stwierdzić, że napotykam barierę, gdy przychodzi do refleksji nad karierą intelektualną Magdaleny Żuraw. Nie chodzi tu nawet o obcość poglądów. Chodzi o spoglądanie w obcość psychologiczną, która zdaje się zza nich wyzierać.

To wszystko każe mi sądzić, ba, być wręcz przekonanym, że Magdalena Żuraw nie istnieje. Jest albo projekcją najgorszych koszmarów Magdaleny Środy i Wandy Nowickiej, albo Wolfem z ostatniego odcinka Stawki większej niż życie, stworzonym gdzieś w ciemnym warsztacie przez Hofmana z Błaszczakiem i Brudzińskim.

Patrzę na tę żyrafę i krzyczę, krzyczę, krzyczę – takiego czegoś nie ma.

Obserwujący lemur

Pokrzepienie w samuraju

Samurajny plakat

Nad tym, że Siedmiu samurajów Kurosawy (1954) jest dziełem rewelacyjnym pod względem sztuki filmowej nie trzeba się rozwodzić. Już sam fakt, że japoński film, w którym nie występują obślizgłe potwory, macki oraz fantazyjnie związane dziewczątka w szkolnych mundurkach (co oczywiście czyni pewną pustkę w sercu), potrafi przyciągnąć, zafascynować, ująć klimatem i sposobem poprowadzenia akcji – wielka sprawa.

Piszę te słowa nie po to, by dołożyć kolejny kamyczek do ogródka zachwytów nad warsztatem Kurosawy i aktorską ekspresją Toshiro Mifune. Chcę się jedynie podzielić pewną refleksją, która spadła na mnie jakoś w połowie filmu i – jak sądzę – jest zupełnie nieoryginalna, to samo spotkało przede mną milion krytyków profesjonalnych i domorosłych. Prawdopodobnie wyważam drzwi wielokrotnie już otwarte, a wręcz wyrwane z zawiasów. Trudno.

W filmie Kurosawy widzimy mieszkańców ubogiej wioski, sensem życia których jest dławiący strach. Strach przed przyszłością, przed głodem i wreszcie – przed plądrującymi okolicę bandytami, fatalistycznie traktowanymi jak dopust boży, stały element w cyklicznym wiejskim kalendarzu. Lęk ten pociąga za sobą bezradność, bierność i niewiarę we własne siły. Z pomocą tej znękanej społeczności przychodzą tytułowi samuraje. W istocie – zubożali wędrowcy, często wręcz przymierający głodem, nie dźwigający ze sobą niczego poza mieczem i poczuciem osobistego honoru. Motywacje, które skłonić ich mogły do przyjęcia propozycji wioski (ochrona w zamian za ryż) to wątek ciekawy sam w sobie. Jakie by one jednak nie były – dla chłopów (znów kolejny wątek, czyli tradycyjne uwarstwienie społeczne ówczesnej Japonii) stają się oparciem, autorytetami i przywódcami. W miejsce bierności pojawia się dyscyplina, w miejsce atomizacji i sobkostwa – poczucie wspólnoty, w miejsce chaotycznej bieganiny – zorganizowany plan. Wreszcie, nad wioską zaczyna powiewać sporządzony przez samurajów sztandar.

W rezultacie, wieśniacy, zamiast po bożemu zostać obrabowanymi, pomordowanymi i zgwałconymi, odnoszą zwycięstwo pod przywództwem Głównego Samuraja (wyglądającego i zachowującego się jak Morgan Freeman, co już samo w sobie gwarantuje ostateczny sukces) oraz jego towarzyszy.

Premiera Siedmiu samurajów miała miejsce w roku 1954. Ledwo 9 lat po gigantycznej wojennej klęsce i wiążącym się z nią upokorzeniu imperialnych ambicji Japończyków. Kraj utracił swoje zęby – armię, swoje serce, a przynajmniej jedną z tętnic – boskość cesarza, znalazł się pod obcą okupacją, wyzbyć się musiał snów o potędze. Nawet dla osoby, która o społeczeństwie japońskim wie tylko tyle, że spadło ono w wielkim zielonym jaju prosto z kosmosu, musi być jasne, że panująca w nim wówczas trauma nie mogła być zjawiskiem błahym. W takiej sytuacji na ekrany wchodzi film Kurosawy. Film, z którego – moim zdaniem – wręcz bije jaskrawym neonem „Tu pokrzepia się serca”.

Nie jest chyba nadużyciem stwierdzenie, że w bohaterach Siedmiu samurajów Japończycy mogli w jakiś sposób dostrzec siebie, poczuć gorycz własnych, niedawnych doświadczeń. Wioska Kurosawy może być postrzegana jako klęcząca po wojnie Japonia (można jeszcze napisać, w tonacji patetyczno-poetyckiej: klęcząca w radioaktywnym prochu i pyle), słaba i pozbawiona woli. Samuraj zaś to w takiej optyce ktoś, kto potrafi zbiorowość poprowadzić, zgromadzić i wyznaczyć cel, wzywa do strząśnięcia z siebie strachu i przygnębienia. Kilka scen wydaje się tu posiadać szczególnie symboliczną wymowę – ów wspominany wcześniej, dumnie powiewający sztandar czy też panorama grobów poległych samurajów, jawiących się jako miejsce kultu i pamięci itp.

Oczywiście, nie należy widzieć w Kurosawie rewanżysty z nożem w zębach, piszącego nocami po murach „Okinawa Hools” lub „Wczoraj Hiroszima, jutro San Francisco”. Owo odrodzenie, które – o ile moja refleksja jest rzeczywiście mądra, głęboka i trafiona – zdaje się postulować film, nie musi odbywać się na płaszczyźnie wojennej. Nie musi mieć nic wspólnego z agresywnym militaryzmem i innymi rzeczami, co do których wstydzimy się przyznać, że trochę nas podniecają. Choć, oczywiście, nie wyklucza swego rodzaju dumy z tradycji związanej z orężem. Siedmiu samurajów kończy przecież scena przestawiająca harmonijną pracę rolników, którzy, z przywróconą godnością i wiarą w siebie, pracują jak jeden sprawny organizm. W rzeczywistym świecie japoński cud gospodarczy dopiero się zbliżał. A może to znowu ja szukam obłędnych paralel?

Łukasz Bertram/Obserwujący Lemur